Marazm, zniechęcenie, jesienne otępienie – dziś krótko o tym jak się kopnąć w dupę i zacząć stawiać cele

Czy Ciebie też nastająca aura tej smutnej odsłony jesieni przyprawia o chęć zakopania się pod kołdrą i zapadnięcia w sen zimowy? Ja z tym walczę rokrocznie. Czasem udaje mi się to z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Ogólnie należę do grona osób o dość słabej duszy, łatwo ulegającej negatywnym fluidom. Trudno mi ukryć przed najbliższymi, że pomimo uśmiechu na twarzy, jestem bardzo podatna na jesienną melancholię, spadek formy i brak energii. Ostatnio usiadłam, przemyślałam i zaczęłam sprzątać w … mojej głowie.

Ale o co chodzi, czyli stan zawieszenia

Przez ostatnie miesiące działałam na najwyższych obrotach. Miałam na swojej głowie milion spraw, które musiałam ogarnąć. Dni przy niemowlaku uciekają przez palce jak szalone, a stosy zaległości przybrały już taką wysokość, że aż człowiek boi się ruszyć cokolwiek, w obawie, że go to przygniecie. Nagle, zupełnie nieoczekiwana i z zupełnego zaskoczenia (tak, to ironia…) przyszła  jesień, a wraz z nią typowe dla tej pory roku obniżenie nastroju.  Wpadając w jesienny dołek, siedziałam i obserwowałam ten stos zaległych zadań. Pozwoliłam mu się przygnieść, zamiast skrupulatnie, małymi krokami, wykonywać zadanie po zadaniu. Jest to błąd, jaki popełnia wiele z nas, nie tylko w związku z tą porą roku, ale często również po dużym wysiłku psychofizycznym. Zaczyna się ogólne marudzenie i rozdrażnienie zupełnie nie związane z PMS. Wtedy każdy program w TV, paproch na podłodze, czy nowe instastories jest ważniejsze od pracy. Wtedy również szukam winy w sobie, a moje niezadowolenie wpływa na moich najbliższych – bezpośrednio, lub/i rykoszetem.

Musiałam zmienić sposób myślenia nie rezygnując przy tym ze swoich zasad takich jak perfekcjonizm, za który siebie cenię, a który tak często jest moją kulą u nogi. Mówienie do siebie – Odpuść, zajmij się czymś dla siebie, odwróć się plecami do zlewu. Dasz radę! nie działa na mnie w ogóle. Komentarze Monsza i przyjaciół w tym samym tonie miały zupełnie zerową moc, a czasem nawet odejmowały mi minus dziesięć od zajebistości. 

Wypisz, zastanów się i od razu wykreśl połowę

Z góry zastrzegam sobie prawo do nieprzyjmowania reklamacji, gdyż byłam, jestem i zawsze będę typem szukającym dziury w całym. Ja zawsze rozmyślam, rozkminiam i analizuję wszystko dookoła. Potrafię w przeciągu jednej herbacianej posiadówki zrobić w głowie aranżację salonu, zaplanować zakupy, poczynić wakacyjne wspomnienia, ponarzekać na brzuszek po ciąży i rozłożyć na czynniki pierwsze ostatnią rozmowę telefoniczną. Niestety ten istny natłok myśli powoduje często to, że po pierwsze – połowa ulatuje i przylatuje w bliżej nieokreślonych momentach. Po drugie – te nieuporządkowane zabierają mi czas dla siebie, którego ostatnio i tak nie mam w ogóle, więc bilans pozostaje na kredycie.

Ale! I to jak ważne ale! Jestem przede wszystkim człowiekiem pióra i papieru – czego nie wypiszę, tego nie zrobię, czego nie doodkreślę – tego nie wyzbędę się z głowy. Tę samą technikę próbuję stosować do poukładania codziennej burzy myśli w głowie. To samo robię zawsze wtedy, kiedy czuję, że rzeczywistość zaczyna mnie przytłaczać. Pamiętasz artykuł w którym pisałam o tym, co zrobić, aby Twój poranek był lepszy? Dobra analiza i plan to pół sukcesu. Bo kiedy spiszemy swoje myśli, kiedy zaczniemy odkreślać to, co zrobione i wyrzucać wykonane kartki – oczyścimy też swój umysł. Samo wyobrażenie sobie tego, czyli pozostawienie tych czynności na zwojach pamięci w głowie nie jest skuteczne. Wówczas tylko porządkujemy to, o czym pamiętamy i przekładamy z kąta w kąt, nie pozwalając sobie na ich wyrzucenie z głowy. Te tłoczące się myśli nas najbardziej obciążają.

Nie zapomnij o ważnej części tego zadania. Gdy już wszystko wypiszesz – przyjrzyj się swojej liście i od razy wykreśl połowę. Nie jesteś w stanie zrobić wszystkiego. Nikt nie jest. O tych mniej istotnych punktach po prostu zapomnij, te mniej pilne – przełóż w kalendarzu na późniejszy czas. Ważne, że będą wypisane, a głowa oczyszczona.

Zmiana sposobu myślenia

Od zawsze byłam pracowita, od zawsze samośka, ale oczekująca docenienia. Daleko mi od słomianego zapału. Jak coś robię, to staram się to dociągnąć do końca z najlepszym możliwym skutkiem. Jeśli miałam napisać przepis bądź artykuł na stronę – musiałam to zrobić od początku do końca za jednym posiedzeniem – cel meta, to cel jedyny i ostateczny. BŁĄD! Jeśli mam pomysł na siebie i ukierunkowanie swoich zdolności na biznes – nie tknęłam tego ani na minutę w sensie fizycznym – bo przecież nie mam czasu dojść do METY! BŁĄD SILNIA DO KWADRATU! Długo zajęło mi zrozumienie, a przede wszystkim pozwolenie sobie na zmianę horyzontu patrzenia na swoje cele. Przy tej ilości obowiązków, i przy moim perfekcjonizmie ważne są małe, krótkie, a przede wszystkim realne cele. Nieczasochłonne. Chwała Panu Mężowi, który mi tutaj często pitoli nad uchem o not value added steps in my thinking 😀 If you know what I mean 😛 Notorycznie go za to rypię jak burą s…., że mi tu coaching próbuje robić, ale co ma racji, to ma  (czasem i tylko troszkę, więc się nie ciesz, bo wiem, że to czytasz!) Nie wszystko jestem w stanie zrobić na już i na sto procent. Taki lajf, inaczej się nie da.

Let’s do this

Jeśli chcesz otworzyć biznes – nie stawiaj sobie od razu kłód pod nogami, nie wizualizuj tego, jak sobie poradzisz z jego prowadzeniem. Zrób rekonesans czego potrzebujesz, zacznij działać małymi krokami. Jeśli chcesz pojechać na skok ze spadochronem – poszukaj możliwych miejsc do skoku, zacznij odkładać pieniądze, zarezerwuj termin. Jeśli chcesz napisać książkę, zrób to – przelej myśli na papier, zacznij je układać w słowa. Jeśli chcesz zmienić pracę, odgrzeb swoje CV i się rozejrzyj. Nie od razu Rzym zbudowano. Po prostu wstać, unieś swoje cztery litery, poćwicz, wypij kawę i zacznij działać. To takie proste i trudne zarazem.

Więc co ja zrobiłam? Usiadłam i wypiłam w spokoju kawę – bez wyrzutów sumienia. Zastanowiłam się, wzięłam kartkę, długopis i zaczęłam wszystko znowu rozpisywać. Po staremu, na papierze. Pewnie niedługo powstanie jakaś mapa myśli. a zaraz po niej, może jakiś modny teraz secret project (jeszcze trochę i odnajdę w sobie mniej lub bardziej znakomite połączenie Małgorzat – Sochy i Rozenek – Majdan, aż strach się bać :D).

Już wiesz, że jestem staromodna, że lubię papier i kartkę i że elektroniczne kalendarze słabo do mnie przemawiają jako motywator. A jak to jest u Ciebie? Wypisujesz sobie cele? Rozpisujesz zadania na mniejsze? Jak sobie radzisz z jesiennym otępieniem i brakiem słońca już o piętnastej? Jak tu żyć Kochana, jak żyć? 🙂

 

 

Może Ci się również spodoba